Generacja Y jest blogiem zainspirowanym ludźmi jak ja, z imionami, które zaczynają się lub zawierają literę „y”. Urodzonymi na Kubie w latach 70. i 80., naznaczonymi szkołami wiejskimi,rosyjskimi kreskówkami, nielegalnym wychodzeniem i frustracja. Zapraszam więc w sposób szczególny Yanisleidi, Yoandri, Yusimí, Yuniesky i innych, którzy ciągną za sobą swoje "y" by mnie czytali i do mnie pisali.


  • Spanish English French German Italian Lithuanian Japanese Chinese Portuguese

si_se_puede.jpg

W sobotę skorzystaliśmy z okazji, że nasza przyjaciółka wybierała się w kierunku Pinar del Río i pojechaliśmy jej samochodem, by zawieść niektóre datki dla poszkodowanych. Ubrania i jedzenie podarowane przez ludzi, którzy niewiele mają, ale z chęcią niesienia pomocy tym, którzy mają jeszcze mniej. Ta solidarność między obywatelami, która wydaje się być bez znaczenia w porównaniu z tym, co mogą dać rządy i organizacje pozarządowe, nie może zniknąć. Ostatecznym celem zebranych rzeczy była wioska Consolación del Norte i małe, przylegające do niej przysiółki, niektóre z nich do tej pory pozbawione elektryczności.

Na trasie zaskakuje, jak szybko udało się przywrócić na swoje miejsce plakaty polityczne. Te billboardy byłyby praktyczniejsze jako dachy domów niż w swojej aktualnej funkcji propagandy ideologicznej. Jeden taki gigantyczny metalowy plakat wystarczyłby do pokrycia jednego z domów, którego mieszkańcy nadal śpią pod gwiazdami. Wyobrażacie sobie mieć jako sufit plakat, który głosi „Tylko z rąk naszej pracy mogą powstać potrzebne środki”? Mieszkanie pod tak truistycznym hasłem nie byłoby przyjemne, ale przynajmniej chroniłoby przed deszczem.

Wróciłam i stwierdziłam, że odbudowa potrwa lata, że brakuje nadziei i że najgorsze może jeszcze nadejść, jak tylko minie entuzjazm. Policja wzmogła kontrole na drodze, by uniknąć przepływu towarów z rynku nieformalnego. To zła wiadomość dla nas wszystkich, zależących w wielkim stopniu od sprzedawców, pukających do naszych drzwi. Ogromna kampania przeciw wypływowi środków, wysokie ceny na rynkach rolnych i wszyscy ci, którzy szerzą negatywne plotki przygotowuje nas na to, co ma nastąpić. Już wiemy, że te ataki skierowane są początkowo na to, co nielegalne, i ewoluują w kierunku ograniczenia tej małej przestrzeni opinii i prześladowania nawet sprzedawców orzeszków ziemnych. Sytuacja „zapędzenia w kozi róg” nasila się i dlatego nie dziwią mnie pokazowe procesy sądowe dla „zachowania socjalizmu”.

Te dwa huragany zostawiły nam obrazek, który już znamy. Widok państwa, które stara się rozwikłać problemy z pozycji centralizmu, legalne pogróżki i twardą rękę zamiast rozwiązywania spraw z otwartością, przestrzenią dla inicjatywy prywatnej, wolności i reform.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

granma_1.jpg

Najważniejszym wiadomościom, pojawiającym się w prasie kubańskiej, brakuje tytułów, które zdradzałyby ich zawartość. Pod nagłówkami „Informacja dla obywateli”, „Notatka ministra spraw wewnętrznych” czy „Deklaracja Rady Stanu” pojawiają się zjawiska bardziej transcendentne. W ten poniedziałek to „Granma” wielkimi literami obwieściła „Wiadomość dla naszego narodu”. Staruszkowie szybciutko wykupili z kiosków wszystkie egzemplarze i podnieśli o dwa pesos cenę za egzemplarz oficjalnego organu Partii Komunistycznej Kuby.

“Granma dostała upoważnienie, by poinformować”, donosił periodyk, jak w swoim czasie strony sowieckiej gazety „Pravda”. Wyrażenie sprawiło, że się zastanowiłam, w przypadku ilu wiadomości nakazali naszemu dziennikowi o największym nakładzie nic nie mówić i z jaką dyscypliną wypełniał on ten nakaz milczenia. Otrząsnęłam się ze stalinowskich wspomnień z pierwszej strony i przeszłam do lektury. Po kilku akapitach stało się dla mnie jasne, że nie tylko szata graficzna przypominała to, co najgorsze z rosyjskiej prasy sprzed Głasnosti, ale również ton i pogróżki. Z ostrzeżeniem, że „jakakolwiek próba naruszenia prawa czy norm społecznej koegzystencji spotka się z szybką i energiczną odpowiedzią”, dziennik ostrzega spekulantów, „chomikujących” i sprzedawców rynku nieformalnego przed karą, która ich czeka.

Szczególną konfuzję wywołał we mnie akapit, który w centrum tak „pravdowskiej” kompozycji stwierdzał: „Tak oto będzie się działało w sposób niezmienny wobec tylu zdarzeń i przeciw wszelkiej manifestacji przywilejów, korupcji czy kradzieży…”. Jak Prokuratura Generalna Republiki zdoła przeciwdziałać wszystkim tym przywilejom, udzielonym ideologicznej wierności, które są tak częste na tej wyspie? Do ekscesów, które będą karane, zaliczają się: domek na plaży, w którym podporucznik spędza wczasy ze swoją rodziną, siatka z kurczakiem i detergentem, dawana cenzorowi, by przefiltrował strony internetowe, dostęp do cen preferencyjnych, jaki mają donosiciele i „łamacze kości” ze Służby Bezpieczeństwa. To są przywileje, które widzę dookoła, ale nie sądzę, że „Granma” wszczęła krucjatę przeciw nim. Byłby to akt samozniszczenia. 

„Zagrożenie dla naszego narodu” - taki tytuł powinien nosić ten tekst, bo te srogie słowa dotyczą nas wszystkich, tylko pozornie odnosząc się do przestępców. Tak to odbieram, bo kto w tym kraju nie przekracza linii nielegalności, by coś kupić, który mieszkaniec nie zależy od czarnego rynku, ile rodzin nie utrzymuje się z dodatkowych źródeł wobec niewystarczalności pensji, które z mechanizmów dystrybucji nie są naznaczone korupcją, tak niegodziwą, ale tolerowaną przez państwo, bo jest to jeden  z wentylów, które powstrzymuje wybuch w społeczeństwie. Wraz z lekturą tego tekstu dostrzegłam nie tylko ducha „Pravdy”, ale i radykalizacji, twardej ręki i stanu nadzwyczajnego. Ta sytuacja jest stałą walką przeciw czemuś, w której nasi rządzący zdają się czuć bardzo wygodnie.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

Wychodzę z grypy, nucąc piosenkę hawańskiego autora tekstów Ericka Sancheza, którą zadedykował mi na swoim ostatnim koncercie, a którą chcę się dziś z wami podzielić. Wpadająca w ucho kompozycja o tych, którzy umieją tylko czekać z założonymi rękami, by inni coś zrobili. Piosenka ma już parę lat, ale Erick zagrał ją w takiej improwizacji, która przybliża ją do tych czasów domniemanych reform i oczekiwań.

Wraz z tym wideo, nakręconym przeze mnie w małym teatrze w Muzeum Sztuk Pięknych, chcę po raz pierwszy w tym blogu dołączyć coś z multimediów. Musieliśmy „czekać” tylko siedemnaście miesięcy, by pojawiło się tu coś z muzyki, a więc nie trwało to tak długo…

Tej soboty znowu pojechałam do Pinar del Río i w kolejnym wpisie dołączę kilka zdjęć i anegdot, na które się tam natknęłam. Tymczasem zostawiam wam rytm improwizacji Ericka Sancheza:

Czekać, czekać, czekać,
Na to, by wyjeżdżać bez pozwolenia
Czekać, czekać, czekać,
Na to, by była tylko jedna waluta
Czekać, czekać, czekać,
By zrobili to tak, by ciebie nie bolało
Czekać, czekać, czekać,
Bez tych ciągłych zapytań …

•    Dedykuję tę piosenkę Adolfowi Fernandezowi Sainz, który w zeszłym tygodniu zakończył swój strajk głodowy w wiezieniu Canaleta. Dzięki swojej determinacji i wsparciu licznych osób, które dołączyły się do jego wezwania, osiągnął to, że strażnicy więzienni zwrócili zarekwirowane książki. 
Adolfo, bracie, ta piosenka jest dla Ciebie, miejmy nadzieję, że nie będziesz musiał już długo czekać.

“ESPERAR”

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

policia_2008.jpg

Szacowanie wymiaru katastrofy już się skończyło, a nasze dzienniki przeszły, jak się wydaje, do etapu idylli, gdzie starcza miejsca tylko na kroniki o odbudowie i optymizm. Lamenty i wątpliwości nie mają prawa bytu wśród tylu wezwań do zaufania. Opinie i twarze pokazywane w telewizji są starannie dobrane: pojawiają się tylko ci, którzy mają do powiedzenia coś pocieszającego. Zdanie „wrócić do normalności” powtarzane jest przez sekretarzy generalnych partii, kierowców ciężarówek załadowanych dachówkami a nawet przez samych poszkodowanych. Za wszelką cenę stara się wytrzeć „dziś”, po to, by wrócić do stanu „przed” huraganami.

Prawda jest taka, że nie wierzę, że przed miesiącem mieliśmy coś podobnego do „normalności”. Co więcej, w ciągu tych trzech dekad, spoczywających na moich ramionach, nigdy nie żyłam w czymś, co by nie było anomalią. Tych, którzy używają tego słówka, chciałabym zapytać, czy uważają za „normalne” Okres Specjalny („Período Especial”, okres długiego kryzysu na Kubie, spowodowanego upadkiem związku Radzieckiego w 1991 i trwającego do 1994 roku – przyp. tłum.), strach przed opcją zero, niekończące się dyskursy, walkę idei, rozpędzane spotkania, moich przyjaciół konstruujących łódkę, by wypłynąć w morze, tego „jest, ale nie dla ciebie, przysługuje ci, ale nie ma”, nieustanne kolejki, obietnice zmian, które nigdy nie nadchodzą, ideę tłumnego placu, gdzie być innego zdania to zdradzić, mówienie po cichu, paranoję, że wszyscy mogą należeć do aparatu, restrykcje dotyczące podróżowania, przywileje nielicznych, podwójny system monetarny, indoktrynację w szkołach, brak perspektyw, tablice z hasłami, w które nikt nie wierzy i oczekiwanie, wytrzymywanie, marzenia, że kiedyś wszystko dotrze do punktu zbliżonego do „normalności”.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

negativa_de_viaje.gif

Są tacy, którzy mają ścianę pełną dyplomów i tacy, którym koszula wyciąga się pod ciężarem medali. Bohaterowie, którzy akumulują blizny i obywatele, kolekcjonujący frustracje. Aby nie pozostać w tyle za tą powszechną manią zbieractwa, staram się zebrać własną kolekcję. Zbieram odmowy wyjazdu, karteczki, które powtarzają, że „tymczasowo nie może” wyjechać i niewykorzystane bilety na samolot. A to wszystko z tą samą pasją, z którą inni kolekcjonują etykiety od napojów chłodzących czy ceramiczne figurki. 

Uparta jak puszka kondensowanego mleka, znowu złożyłam swoje papiery, by polecieć do Europy. Nie zadowoliłam się owym „nie”, które usłyszałam w maju i wróciłam do Biura ds. Emigracji i Spraw Zagranicznych w okręgu Plaza. Czekałam wiele dni, podczas gdy trzask maszyny produkującej naklejki przedłużał odpowiedź, którą już przewidywałam. Ostatecznie osoba w oliwkowym ubraniu potwierdziła, że kara nadal trwa. Poprawczak, ryż pod kolanami, to w moim przypadku zakaz opuszczania wyspy. Czy Ojciec – Państwo nie nauczył się, jak nieznośne staja się dzieci, które rzadko wychodzą z domu?

•    Zostawiam wam drugi dokument, który niecały rok temu potwierdził moją sytuację złapanej blogerki.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

upec.jpg

Sobotni wieczór, ziewam oglądając nudny thriller o policjantach i przestępcach. Dzwoni telefon, to Adolfo, ciągle za kratkami, od czasu, gdy w napadzie wściekłości władza skazała go na wiezienie podczas „Czarnej Wiosny” 2003 (fale represji wojskowych, na czele z Fidelem Castro, jakie nastąpiły 18 marca 2003, skierowane przeciw niezależnym dziennikarzom, członkom związków zawodowych i opozycjonistom, w wyniku procesów sądowych skazano 65 osób na karę pozbawienia wolności od 6 do 30 lat – przyp. tłum.). Jest podekscytowany. Strażnicy więzienni, quasi – analfabeci, uniemożliwiają mu dostęp do książek i czasopism, które przyniosła mu żona podczas ostatniego widzenia. Lista zatrzymanych, „niebezpiecznych” tekstów zawiera publikacje katolickich „Palabra Nueva” („Nowe Słowo”), „Espacio Laical” („Laicka Przestrzeń”) i duchowe refleksje Świętego Augustyna. Jego towarzysze niedoli, Pedro Argüelles Morán i Antonio Ramón Díaz Sánchez, zjednoczyli się, by zastosować jedyną formę nacisku, jaką mogą: odmówić przyjęcia tego nędznego wyżywienia, które nakładają im na tace. Tak długo, aż nie pozwolą im pożywić się słowem, nie będą przyjmować tych wątpliwych racji, które utrzymują ich przy życiu.

Brak zaufania, jaki wywołują u strażników wiezienia Canaleta książki przypomniał mi Kolumbijczyka Jorge Zalamea i jego prozę liryczną „Wielki Burundún Burundá umarł”.  Pewien dyktator, bojąc się siły słowa, skazuje swoich poddanych na życie w świecie bez komunikacji i literatury. Aby sprawić, by jego nakaz ciszy był przestrzegany, rekrutuje wszystkich tych, którzy zostali obrażeni przez słowa. By stworzyć swoje grono cenzorów, powołuje „niezdolnych do żarliwości, którym brak wyobraźni, którzy nigdy do siebie nie mówili, (…) którzy bija zwierzęta i dzieci, gdy nie rozumieją ich spojrzeń…”.

Ci, którzy dzisiaj konfiskują książki Adolfa należą do tych samych falang (zwarta formacja bojowa greckiej, a potem macedońskiej i hellenistycznej piechoty. Powstała w VII w. p.n.e. – przyp. tłum.) rewidentów. Strażnicy ekspresji wyczuwają, tak jak rozumiał to Wielki Burundún, że kondycja ludzka i „opór, który się po niej pojawia, mają swoją podstawę w wyrażonym słowie”. Podejrzewają, że kiedy  Adolfo, Pedro i Antonio zagłębiają się w jakimś eseju czy opowiadaniu, znikają kraty, wiezienie się oddala i udaje się im zrzucić z siebie ciężkie wyroki. „Instrukcja” otrzymana przez strażników kubańskich wiezień starcza im, by wiedzieć, że książka jest czymś bardzo niebezpiecznym.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

carretilla_colchonetas.jpg

Miała się nazywać Gea i uwolnić Teo od ciężaru bycia jedynym dzieckiem w domu. Wraz z nią wróciłoby przygotowywanie papek z malangi, gotowanie butelek po nocach i pranie stosu pieluch. Tyle, że po dłuższym zastanowieniu, Gea została pragnieniem drugiego dziecka, którego nie miałam. Wyobraziłam sobie sytuację za dwadzieścia lat, z tymi samymi co dziś problemami mieszkaniowymi i dwójką dzieci w związku małżeńskim, które zamieszkałyby w naszym mieszkaniu ze swoimi partnerami życiowymi. Początkowo wszystkie trzy małżeństwa starałyby się żyć w harmonii, ale z czasem kłótnie byłyby nie do uniknięcia.

Nasz dom byłby jak wiele innych, gdzie pod jednym dachem mieszka kilka pokoleń i ciche bitwy są na porządku dziennym. Lodówka byłaby podzielona na trzy strefy, a pary kochałyby się po cichu, przez bliskość innych łóżek. Pojawiłyby się wnuki, by dzielić pokój z dziadkami, w tym przypadku ze mną i moim mężem, i dać im do zrozumienia, że przeszkadzają już młodszym. Dzieci spędzałyby większość czasu na korytarzu albo na ulicy, ze względu na małą przestrzeń w domu. Dorastałyby i szukały partnerów, źródła nowych niepokojów dla tego rozpadającego się domu.

Jeżeli przed huraganami Gustav i Ike pokolenie moje i Teo musiało czekać na mieszkanie czterdzieści lat, teraz okres czekania wydłużył się ponad ludzkie życie. Razem z porwanymi przez wiatr sufitami i oknami odfrunęły też nasze marzenia o posiadaniu własnych czterech kątów. Cóż bowiem mogą oczekiwać ci, którzy niczego nie mieli, tam, gdzie nie ma środków, by zwrócić poszkodowanym utracone mienie.  

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

refrigeradores.jpg

Sierpień i wrzesień były ciężką próbą dla tak wyczekiwanych reform ekonomicznych, które zdążyły zatonąć, zanim jeszcze podniesiono kotwicę. „Musisz mieć zaufanie do działań Raula Castro” upomina mnie przyjaciółka, widząc stale towarzyszącą mi podejrzliwość. „Wkrótce zastosowane zostaną nowe środki”, zapewnia mnie, od prawie trzech miesięcy, ta sama pani. Należy ona do tej grupy ludzi, którzy oczekują, że rządy mogą rozwiązać nasze bieżące problemy, z których większą część stworzyły one same, przez swoje absurdalne zakazy. Ja jestem z gatunku tych sceptycznych.

Wątpliwości nachodzą mnie z powodu „grzechu pierworodnego” rządu Raula: nie został on wybrany przez naród, tylko jest owocem sukcesji dynastycznej, związków krwi. Został wybrany nie mając choć jednego oponenta, a dla mnie wybór bez alternatywy nie jest elekcją.

Obecny prezydent nie przedstawił programu, nie zobowiązał się niczym wobec swoich wyborców i dlatego nie musi spłacać nam żadnych długów. Tak potrzebne nam zmiany mogą spóźnić się o rok lub o pięć, bo nie utraci on swojej posady. Zdobył, bez kontrkandydatów, kuszące jabłko władzy. Teraz może jeść je bez pośpiechu, bo nasze głosy nie były ścieżką, która zaprowadziła go do jego zdobycia.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

lindoro_incapaz.jpg

Postać o grubym karku i z aktówką w ręku pojawia się co środę w humorystycznym programie “Deja que yo te cuente”(„Pozwól, że ci opowiem” – przyp. tłum.). Ta sama przestrzeń, gdzie profesor profesor Mente Pollo (Umysł kurczaka – przyp. tłum.), przedstawiony już w tym blogu, opowiada swoje frazesy dyletanckiego mądrali. Lindoro Incapaz jest dyrektorem źle funkcjonującej firmy i ma samochód, z państwową rejestracją, którego nigdy nie używa, by pomóc swoim pracownikom. Nienagannie ubrany zbliża się do podwładnych i radzi im z ironią: „Jeśli o mnie chodzi, zadowala mnie zadowalanie”. Jego nadwaga i elegancki granatowy garnitur kontrastują z jego zaniedbaną twarzą i bezproduktywnością całego zakładu „Bartolete Pérez”.

Ten prototyp szefa powtarza zdanie, które stało się już częścią powszechnego słownictwa. Właśnie ten epitet, z którym odnosi się do nieefektywnej, apatycznej i źle opłacanej grupy naprawiaczy sprzętu AGD, którą kieruje. Przybywa ze swoim uśmiechem Colgate i pyta: „Jak się miewa ten uodporniony kolektyw?”, ogłaszając przy tym nie dające się przesunąć zadanie albo nowy absurd biurokratyczny. Lindoro Incapaz nie jest typem dyrygenta, ale sumą wielu z nich, humorystycznym odzwierciedleniem tych, którzy mają jakąkolwiek władze.

Ostatnio wspominałam okrągłego dyrektora firmy i jego pełen triumfu język. W środku chorowania na grypę, sprowokowana deszczem, który wlewał się przez wszystkie okna mojego domu, słuchałam w moim małym radio na dynamo wielu Niezdolnych Lindoro. Mówili dokładnie o „uodpornionym kolektywie”, gdzie ja widzę tylko zdesperowane twarze. Nawoływali o spokój i wytrwałość, z pozycji otyłych karków i suchych samochodów. Niektórzy, dysponujący większą władzą, nie pojawiając się nawet w miejscach katastrofy, za pomocą linii telefonicznej starali się składać tak luźne i puste oferty, jak satyryczna postać.

Nasi Niezdolni Lindoros nie chcą uznać, że stan wyjątkowy, wywołany przez Gustava i Ike jest nie tylko winą silnych wiatrów i deszczów, ale też katastrofy produkcyjnej i mieszkaniowej, jakie nawiedziły wyspę wcześniej. Dziś rano, po dwóch godzinach stania w kolejce, udało mi się kupić cztery funty słodkich ziemniaków i kawałek papai, przy czym nie widziałam w kolejce żadnego z dyrygentów. By kupić wieprzowinę, trzeba stać w kolejce od świtu. W sklepach przyjmujących pesos convertibles puste lodówki tęsknią za kurczakiem i innymi gatunkami utraconego mięsa. Temat wyżywienia sięga dna i choć mój dom przetrwał wiatry, a na obszarze, na którym żyję, nie ma większych strat, ludzie wciąż pytają o jedzenie. Wzrost cen paliw już spowodował, że prywatni taksówkarze podwoili ceny, za kurs kosztujący kiedyś dziesięć pesos przyjdzie nam teraz zapłacić dwadzieścia. Ale telewizja nie widzi tej strony kryzysu, tylko energetyczny i „odporny” naród, który deklaruje przed kamerami zaufanie i nadzieję.

Co zrobią Niezdolni Lindoros, gdy hasła wykrzykiwane dziś przed dziennikarzami zamienią się w zdania niezadowolenia i protestu? Schowają się, z zapasami jedzenia, we wnętrzu swoich aktówek?

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html

fabrica.jpg

Główny meteorolog kubańskiej telewizji, José Rubiera, ogłosił, że na Oceanie Atlantyckim nie utworzyła się żadna nowa burza tropikalna ani huragan. Ulga obiegła ponad sto jedenaście kilometrów kwadratowych wyspy. Przynajmniej przez parę dni korytarz dla cyklonów, w jaki się zamieniliśmy, zrobi przerwę. Wraz z tą prognozą klimatologiczną nie zniknęły nasze troski i niepokój o najbliższą przyszłość. Mimo triumfalizmu okazywanego w naszych dziennikach, gdzie mówi się o „huraganie odzyskiwania”, my, Kubańczycy, jesteśmy bardzo zaniepokojeni.

Z jednej strony ulatniają się już wszystkie złudzenia tych, którzy spodziewali się wsparcia ekonomicznego w najbliższych miesiącach. Pożegnaliśmy się już nawet z produktami jak banany, mango, awokado, środkami żywności i cytrusami, którym zajmie kilka lat powrót do już zawyżonych aktualnych cen. Po czterech dniach bez prądu i bieżącej wody, mieszkańcy 144 mieszkań w moim budynku wytrzymują dzięki darmowemu dostępowi do wody pitnej i wspomaganej dystrybucji gotowego jedzenia. Niektórzy już wykrzyczeli z balkonów swój brak zgody, na które ja odpowiedziałam prowokacyjnym „Niech żyje Raul!”, którego o mały włos przypłaciłabym linczem.

Nawet rynek w pesos convertibles, ze swymi zawyżonymi cenami, nie wystarczy zdesperowanym Hawańczykom. Huragan Ike uwidocznił jeszcze bardziej różnice socjalne między tymi, których stać na zapasy jedzenia, deski i radio na baterie a tymi, którzy zależą tylko i wyłącznie od oficjalnej pomocy. Poprzednie wydarzenia, pokazujące jak z miesiąca na miesiąc maleje pomoc państwa dla ofiar katastrof naturalnych sprawia, że ludzie nie chcą obietnic, tylko natychmiastowych rozwiązań. Chęć, by wziąć już dziś to, czego jutro być może nikt nie zaoferuje, sprawiła, że mieszkańcy wioski w Pinar del Río pójdą z maczetami, by dostać 100 płyt z azbestowego cementu, rozdzielanych z ciężarówki.

Brakuje skromności tych, którzy powinni zrobić wszystko, co w ich mocy, by wpuścić na Kubę pomoc humanitarną. Jednym z dobrze widzianych środków byłoby, gdyby Urząd Celny zniósł podatki z tych kilogramów lekarstw, ubrań i środków żywnościowych, które rodziny emigrantów chcą dostarczyć na wyspę. Jednak w miejsce tego my, Kubańczycy, napotykamy się w środku cyklonu na podwyżkę cen paliw i niektórych produktów pierwszej potrzeby. Odrzuca się pomoc bez konsultacji z opinią publiczną i dopuszcza się inspekcje, odmawiając jednocześnie innym tego samego. Obraz wojskowego z Wenezueli, który przybył na Kubę, by „przeprowadzić inspekcję strat” - cytuję słowo w słowo – kontrastuje z wybrzydzaniem przy otrzymywaniu podobnego wsparcia od krajów Unii Europejskiej  (z wyłączeniem Hiszpanii i Belgii) czy Stanów Zjednoczonych.

Obecnie pytania brzmią: „Jaki jest priorytet kubańskiego rządu: zasady polityczne czy dobro tych, którzy stracili wszystko?” i „Co woli rząd Stanów Zjednoczonych: Żeby wypełniono formalne wymagania inspekcji czy żeby pomoc dotarła do poszkodowanych?” My, obywatele, nie będziemy czekać, aż oba rządy coś uzgodnią. Demokracja ludu może je zaskoczyć szybszym i efektywniejszym działaniem.

Tłumaczenie: Karolina Popović

Blog tłumacza: http://www.lotta7.dzienniki.styl24.pl/

http://www.dziennik.pl/podroze/article171575/Zagraj_to_jeszcze_raz_Sam.html